Władysławowo Władysławowo Władysławowo
Spojrzenia.pl > artykuły > Sprawa Józefa Bemke
22 stycznia 2018r., imieniny: Dominiki, Mateusza, Wincentego

Artykuł: Sprawa Józefa Bemke

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r., w przeddzień zamachu na "Solidarność" i prawa obywatelskie Polaków, komuniści zadekretowali stan wojenny. Uczyniła to tzw. Rada Państwa
Po 25 latach od zaginięcia męża i ojca rodzina wciąż ma nadzieję, że kiedyś będzie można zapalić chociaż świeczkę na jego grobie.
W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r., w przeddzień zamachu na "Solidarność" i prawa obywatelskie Polaków, komuniści zadekretowali stan wojenny. Uczyniła to tzw. Rada Państwa, marionetkowa instytucja niemająca żadnego wpływu na to, co działo się w Polsce, rządzonej w rzeczywistości przez politbiuro partii komunistycznej, w konsultacji w ważnych sprawach z ambasadorem Związku Sowieckiego. Ustawą operetkowego Sejmu PRL z 25 stycznia 1982 r. komuniści potwierdzili ten nielegalny nawet w świetle peerelowskiego prawa akt. Ustawa mówiła "o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego". Jedną z najdotkliwszych "regulacji" było wprowadzenie godziny policyjnej oraz konieczność meldowania się u władz i wypraszania zgody na wyjazd do innego miasta, na przykład po to, by odwiedzić rodzinę. Na straży tych "regulacji" stały lotne patrole milicyjne i zomowskie bądź mieszane, które były prawdziwą plagą tamtego czasu. Ludzie, zwłaszcza mieszkający na wsi czy w małych miasteczkach, dojeżdżający do pracy, spodziewali się, że godzina policyjna będzie traktowana tolerancyjnie. Niejeden z tak myślących został pobity przez bandytów w zomowskich czy milicyjnych mundurach, "stojących na straży obowiązujących w naszym kraju regulacji prawnych" - jak to ujmowała gadzinowa prasa partyjna. Patrolujący "strażnicy prawa" byli odpowiednio motywowani i zachęcani do gorliwości w "pracy". Często odznaczali się brutalnością i chamstwem. Na taki patrol trafił Józef Bemke z Władysławowa - w ostatnich chwilach swojego życia.
Zwyczajny człowiek
Nie był działaczem związkowym, nie zaliczał się też do opozycji politycznej przeciwko systemowi komunistycznemu. Był prostym człowiekiem, mistrzem ślusarskim zatrudnionym w miejscowym pegeerze. Prowadził spokojne życie, w Cetniewie znali go jako człowieka uczynnego. Średniego wzrostu, szczupły szatyn po czterdziestce. Dzień 1 maja 1982 r. spędził pracowicie. Nie interesowało go oficjalne "święto pracy". Korzystając z wolnego dnia, pojechał rowerem do rodziny, by pomóc w budowie ogrodzenia domu. Przydały się jego umiejętności kowalskie i ślusarskie. Także żona Józefa, Krystyna, pomagała przy tych pracach. Na Kaszubach tradycja rodzinnej, wzajemnej pomocy jest bardzo rozwinięta. Pracują wspólnie, potem się goszczą do późna, by okazać wdzięczność za pomoc. Krystyna wybrała się do domu przed godziną milicyjną i namawiała do tego męża. On się tylko roześmiał. Przecież jego tu wszyscy znają, także miejscowi milicjanci. Co mu mogą zrobić? Najwyżej go wylegitymują. A jutro jest niedziela, nie trzeba iść do pracy. Więc został i rozmawiał z rodziną o tym, co się w Polsce wyprawia. Pewnie już słyszeli o manifestacjach przeciwko stanowi wojennemu i potyczkach z ZOMO tego dnia na ulicach pobliskiego Gdańska. W telewizji też mówili o "młodych chuliganach" z Torunia, którzy ulicznym protestem ożywili drętwotę "robotniczego święta" ze stanem wojennym w tle.
Przed północą Józef Bemke wsiadł na składak i pojechał w kierunku oddalonego o niespełna 3 kilometry domu. Proponowali mu nocleg, ale tylko machnął ręką.
Poszukiwania
Krystyna najpierw się irytowała, że mąż jej nie posłuchał, potem mocno się zaniepokoiła, że do rana nie wrócił. Przeraziła się, kiedy się okazało, że nie nocował u rodziny. Ostatnia nadzieja to zatrzymanie przez milicję za poruszanie się bez przepustki po godzinie milicyjnej. Na pewno go zatrzymali na posterunku. Oj, będą kłopoty, skończy się wysoką grzywną. I po co to wszystko było potrzebne? Była bardzo zła na męża za jego lekkomyślność. Kiedy jednak poprosiła brata, by poszedł na posterunek milicji, a tam mu powiedzieli, że Józef nie był zatrzymany, złość przeszła, pozostał tylko lęk. Nie spodziewała się wtedy, że ten lęk pozostanie z nią od tej chwili przez całe lata. Jeszcze dziś się odzywa i skłania do płaczu.
Ślady
Rower Józefa znaleziono następnego dnia na dnie pobliskiej żwirowni. To był już wyrazisty sygnał, że doszło do jakiegoś nieszczęścia. Co się stało? Droga do domu, którą wracał Józef, prowadziła żwirową drogą w dół, koło jednostki wojskowej. Oni na pewno musieli coś widzieć! Mąż bratowej Krystyny, Stefan, służył kiedyś w tej jednostce. Dowiedział się, kto pełnił tej nocy wartę i zdobył ważne informacje. Rozmawiał z tym wartownikiem. Józef przejeżdżał koło jednostki około godz. 23.00. Wartownik zatrzymał go i wylegitymował, ale puścił wolno mimo godziny milicyjnej, bo to przecież miejscowy. Rozumował tak samo jak Józef. Wartownik zapamiętał jeszcze, że kiedy Józef odjechał kilkaset metrów, dogonił go milicyjny gazik. Więcej nie dostrzegł, ponieważ było za daleko. Milicja we Władysławowie miała gazik na wyposażeniu. Kiedy rodzina zaczęła się dopytywać o to zdarzenie, milicjanci zaprzeczyli, a wartownik nagle ulotnił się z jednostki, został przeniesiony. Niestety, Stefan nie zna jego nazwiska.
Pochować
Nie tracili nadziei, ale coraz wyraźniej docierała do Krystyny myśl, że Józef nie żyje. Gdyby się nieszczęśliwie przewrócił, leżałby koło roweru, na dnie żwirowni. Teraz uczepiła się tylko jednej myśli: znaleźć ciało, pochować jak należy, zapalić z dziećmi świeczkę na grobie. Dyrektor pegeeru dał dwa autobusy z ludźmi, którzy szli tyralierą i szukali ciała Józefa w okolicy zaginięcia. Bardzo się starali, ale nic nie znaleźli. Krystyna odniosła wrażenie, że najmniej sprawą interesuje się milicja. Na dodatek rodzinę zaczął odwiedzać miejscowy milicjant, niejaki Kowalski, który przekonywał, że Józef "uciekł na Zachód"! Prokurator rejonowy nie podjął sprawy! Nie pomogła też interwencja brata Józefa, Edmunda (emerytowanego oficera wojska) w Komendzie Wojewódzkiej MO w Gdańsku. Nikt ze "strażników prawa" nie chciał pomóc, a ich dziwna obojętność i brak inicjatywy w tej sprawie przekonały Krystynę, że rozwiązaniem zagadki jest ten milicyjny gazik. Niestety, w tamtych czasach nie można się było upominać o sprawiedliwość i uczciwe śledztwo z milicjantami czy zomowcami jako podejrzanymi.
Nic więcej?
Sąd Rejonowy w Wejherowie uznał Józefa za zmarłego dopiero w roku 1993! Być może obowiązywała absurdalna wersja o "ucieczce na Zachód"? ZUS nie dał Krystynie ani grosza na dzieci. Po latach usłyszała: "Sąd panią skrzywdził, za późno uznał śmierć męża". Nic nie dostała, choć Józef przepracował we władysławowskim PGR ponad 20 lat. - Kiedy rybak zginie na morzu, po pół roku uznaje się go za zmarłego - mówi z żalem pani Krystyna. Nie dostała żadnej renty, choć stała się jedyną opiekunką trojga uczących się dzieci, nastolatków: Ryszarda, Mirki i Sławka. Chcieli ją nawet wyrzucić z mieszkania należącego do pegeeru, musiała się tam zatrudnić jako sprzątaczka.
Krystyna już prawie straciła nadzieję na wyjaśnienie okoliczności tragedii. Opowiada ze smutkiem o zgryzocie rodziców Józefa, którzy do śmierci pragnęli pochować syna. Ojciec umarł w roku 1993, matka rok później. Miała ciężkie, smutne życie. Pochowała sześcioro z ośmiorga swoich dzieci. Tłumaczyła sobie, że Pan Bóg tak chciał. Sprawa Józefa sprawiła jej wielki ból.
Kto pomoże?
Pani Krystyna traci powoli nadzieję na wyjaśnienie okoliczności śmierci męża. Ale najstarszy syn Józefa, Ryszard, jest przekonany, że są we Władysławowie ludzie, którzy potrafiliby oszczędzić bólu matce i dzieciom, potrafiliby wskazać miejsce, gdzie spoczywają szczątki Józefa. Ogłoszenie w "Dzienniku Bałtyckim" i w "Głosie Wybrzeża" ("Kto go widział?") ukazało się kilka miesięcy po tragedii. Dziś, choć minęło 25 lat, ludzie boją się mówić. Gdzie jest wartownik, który widział najwięcej i mógłby dziś potwierdzić to, co powiedział Stefanowi? Czy to wielki problem dla policji, by ustalić, kto wtedy jeździł w milicyjno-zomowskich patrolach po Władysławowie i okolicy i gdzie dziś mieszkają ci ludzie, by ich przesłuchać? Niedawno w Starogardzie Gdańskim wyjaśniono tajemnicę mordu dokonanego na młodym człowieku przed 15 laty. Rodzina Józefa Bemke ma nadzieję, że ich sprawa też się wyjaśni. Żeby tylko ktoś "chciał chcieć".
Wznowić sprawę
Stan wojenny to śmierć Sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki i innych kapłanów. To śmierć i prześladowania wielu ludzi, którzy protestowali przeciwko systemowi i przeciwko nielegalnej wojnie z Narodem. Ale stan wojenny to także tragedia wielu zwykłych, prostych ludzi, takich jak śp. Józef Bemke i jego bliscy, pozostający od lat w bólu i w niedowierzaniu. Przecież zginął człowiek. Znany wielu ludziom w swoim mieście, gdzie się urodził i wychował. Przepadł. Naprawdę nic nie można w tej sprawie zrobić, choć nosi ona wszelkie znamiona zbrodni? Czekamy na reakcję policji i prokuratury. Zwłaszcza prokuratury, która przed laty sprawy nie chciała podjąć! Podobno chętnie podejmują ostatnio zapomniane przez wszystkich zbrodnie. W sprawie Józefa Bemke poszlak nie brakuje. Czekamy. Wszystko zaczęło się nie 1 maja 1982 r., tylko 13 grudnia 1981 roku. Niech dla rodziny Bemke z Władysławowa stan wojenny też się kiedyś zakończy.
- Piotr Szubarczyk "Nasz Dziennik" Nr 291 (3004) z dnia 13 grudnia 2007
Redakcja
(5)     14-12-2007 09:42  
Komentarze:
posortowano od najnowszych
posortuj od najstarszych

śpicie tu, czy ta strona jest aktywna tylko przed wyborami!

2008.03.16 20:20:11, IP:83.25.220.79

Marjan

Każdy milicjant był zobowiązany do zachowania tajemnicy śłuźbowej pod grożbą kary więzienia.
Ponadto takie akcje były normą w tamtych czasach i pozostaje podejrzenie, że stare zwyczaje funkcjonują do dziś. Jest oczywiste, że w tamtym gaziku byli młodzi funkcjonariusze, którzy póżniej awansowali, aby skutecznie stanowić o zachowaniu bezpieczeństwa i porządku wśród naszych mieszkańców.
Nie sposób pominąć tu pozytywnego aspektu sprawy.Sądzę, że nasi funkcjonariusze prawa powinna w związku z tą sprawą otrzymać choćby order za wierność wobec ideologi politycznej państwa i solidarność w swoich szeregach . Może taki wniosek powinien wypłynąć od samych mieszkańców - skoro władza staję się być bezradna.

2007.12.16 15:46:45, IP:83.25.255.232

Pozytywista

Komendant Kowalski od kilku lat nie żyje. W składzie tej super władysławowskiej milicji, wówczas gazikiem jeżdzili między innymi - Markiewicz i Patalas.

2007.12.16 10:47:41, IP:83.25.194.60

Hunter

Dodaj własny komentarz:
Autor:

Email:

 
Sondaż:
"czy popierasz kaszubskojęzyczne tablice miejscowości"
zagłosowano 118 razy
Co, Gdzie, Kiedy:

Pn
Wt
Śr
Cz
Pt
So
Nd

1
2
3
4
5
6
7

8
9
10
11
12
13
14

15
16
17
18
19
20
21

22
23
24
25
26
27
28

29
30
31


polecamy: [więcej »]

Władysławowo - forum na wczasy

o portalu | regulamin i prywatność | kontakt | logowanie
© 2003 - 2018 Spojrzenia.pl Władysławowo
Redakcja Spojrzenia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści umieszczone w serwisie.